Rozwijając się przez ileś tam lat w samotności a potem wchodząc na obrzeża buddyzmu coraz bardziej oczywiste staje się dla mnie, że niemożliwy jest rozwój dla siebie samej, po to, żeby było lepiej moim czakramom i mojej sytuacji życiowej, po to by doświadczać jakichś tam fajnych rzeczy zachowując podział na mnie i świat zewnętrzny.
To kolejna iluzja, martwy sufit, przez który powoli się przedzieram. Buddyzm ze swoją bodhicittą naprowadził mnie na nią.
Wielokrotnie traciłam motywację do rozwoju w życiu – nawet w środku różnego rodzaju sukcesów pytałam siebie i innych, ale po co to robimy, co z tego, że fajnie się czuję, mam dużo energii, jutro mogę mieć znów mało, różne doświadczenia przychodzą i przemijają bez śladu – czy warto poświęcać czas i energię na ciągłe kultywowanie tego?
A błąd był we mnie – w samym centrum – to moje ego i podzielona świadomość
. To zasłaniało wewnętrzną naturę.
Na razie nie będę rozwijać tego tematu, dopóki moje rozumienie (a w zasadzie doświadczenie) tego się nie zwiększy.
Bodhicitta to brama, która pozwala wychodzić poza własne ciasne ramy, osłabia nawykowe skłonności egocentryzmu. Nie jest to CBM, uniwersalna miłość, nie chodzi się z tym w ekstazie świecąc ludziom po oczach, ale to postawa otwarcia na innych i współczującej dobroci, która płynie z naszej prawdziwej natury. Tego się uczę
.
Jesteś tutaj, Conchi
Jak dobrze! Pozdrawiam ciepło, promyczek na drodze.
Przechadzałem się kiedyś wzdłuż brzegu rozległego jeziora. Usłyszałem płacz dziecka. Kilka metrów od brzegu, w wysokiej trawie stało maleńkie dziecię, ledwie trzymające się na nogach, jeszcze nie potrafiące mówić. Zraniło palec ostrym jak żyletka źdźbłem trawy. Pijani rodzice spali nieopodal…
Podszedłem a dziecko wyciągnęło w moją stronę swoje rączki. Podniosłem je-wtuliło się we mnie z ufnością i przestało płakać…
Zrozumiałem w tym momencie, że tak reagują dzieci pozbawione miłości, cierpiące i osamotnione…Przez chwilę ból osamotnienia i zagubienia ranił także i mnie, ale najważniejsze było, że w tej oto chwili już WSZYSTKO JEST OK.
Nosząc w sobie światło nieobojętności i współczucia, często nie jesteśmy go świadomi. A kiedy je przejawiamy, nie mamy świadomości jego źródła oraz siły i znaczenia jego oddziaływania. Jeden prosty gest zmienia wszystko, także nas samych.
Czy to Twoja opowieść? Mam deja vu – gdzieś już ją czytałam. A może gdzieś indziej ją jeszcze opublikowałeś?
Niemniej – piękna opowieść…
Tak, historia ta przydarzyła mi się jakieś 10 lat temu. Może ją już kiedyś i gdzieś opisałem…Zachodzę w głowę ale nie pamiętam..
Wywarła na mnie wielki wpływ i często powraca ze świeżością, budząc na nowo głębokie współczucie…
Takie chwile zna każdy z nas. W centrum takich doświadczeń, rozbłyska na moment z wielką jaskrawością świadomość nierozdzielenia-jedności wszystkich istot, gdzie wszelkie „ego” rozpuszcza się jako trywialne i nieistotne. Ot spontaniczna medytacja wglądu…
No i jak tu nie być buddystą..?
Hmmm – to chyba mentalnie mi ją opowiedziałeś, bo miałam tak intensywne deja vu, że zastanawiałam się gdzie ją czytałam
.
Wgląd to był jak najbardziej – przejaw naszej prawdziwej wewnętrznej natury – tego, kim naprawdę jesteśmy!
Ale żeby być buddystą to trzeba przyjąć schronienie w Buddzie, Dharmie i Sandze – zaufać tej drodze i podążać nią. To coś więcej niż formalność…
Właśnie czytam książkę „Jak nie być buddystą” – fajna hihihi!
Niemniej poglądy i wglądy masz buddyjskie, a jakże! hihihi