_gaq.push(['_trackPageview']); (function() { var ga = document.createElement('script'); ga.type = 'text/javascript'; ga.async = true; ga.src = ('https:' == document.location.protocol ? 'https://ssl' : 'http://www') + '.google-analytics.com/ga.js'; var s = document.getElementsByTagName('script')[0]; s.parentNode.insertBefore(ga, s); })();
Get Adobe Flash player

Wszystkie zjawiska są nieograniczoną otwartością,

Błogie i całkowicie swobodne.

Z wolnym i szczęśliwym umysłem
Śpiewam tę pieśń radości.

Kiedy spojrzymy w umysł,
Podstawę wszystkich zjawisk,
Nie znajdziemy żadnej namacalnej rzeczy,
Niczego rzeczywistego prócz grającej ze sobą pustości.

Przejawia się ona jako przejrzysta, nieskończona otwartość,
Bez podziału na to, co wewnątrz i na zewnątrz,
Wszechprzenikająca,
Bez granic i bez kierunku.

Rozległa przestrzeń wglądu,
Prawdziwy sposób przejawiania się umysłu
Jest jak niebo, jak przestrzeń:
Bez początku, środka, czy końca.

Zrelaksowany,
Pozostawiam wszystko czego doświadczam takim jakie jest,
Stanąłem na rozległej równinie
Absolutnej przestrzeni umysłu.

Stapiam się z przestrzenią,
Która nie ma początku ani końca.
Wszystko co widzę, wszystko co słyszę,
Mój własny umysł i niebo łączą się ze sobą.

Nie powstaje już żadna koncepcja
Bycia oddzielonym lub czymś różnym.

W absolutnej przestrzeni przytomności
Wszystkie rzeczy mają ten jeden smak,
Lecz na poziomie relatywnym
wszystkie zjawiska są przejrzyście postrzegane jako różne.
Jak wspaniale!

* * *

Bez centrum, bez granic,
Oto wszechprzenikająca, promieniująca przestrzeń świadomości.
Ta żywa i jasna nieograniczoność
Jest naturalną, pierwotną obecnością.

Bez podziału na to co wewnątrz i na zewnątrz,
Przytomność powstała sama z siebie, rozległa jak niebo,
Poza rozmiarem, kierunkiem, ograniczeniami.
Oto całkowita otwartość,
Przestrzeń nieoddzielna od przytomności.
W tej nienarodzonej, otwartej przestrzeni
Manifestują się zjawiska – podobne tęczy, doskonale przejrzyste.
Czyste i nie czyste krainy, buddowie i wszystkie czujące istoty
przejawiają się w niej bez przeszkód lśniąc różnorodnością.

Przytomność rozległa jak niebo,
Absolutna przestrzeń rozległa jak przytomność.

Nieoddzielne od siebie
Niebo, przytomność, absolutna przestrzeń:
Nieprzebyta nieograniczoność, bezmiar -
Podstawa samsary,
Podstawa nirwany.
Spoczywanie w tym stanie dzień i noc,
Doświadczanie tego stanu z łatwością -
Oto prawdziwa radość.
Emaho! Jak wspaniale!

Rozwijając się przez ileś tam lat w samotności a potem wchodząc na obrzeża buddyzmu coraz bardziej oczywiste staje się dla mnie, że niemożliwy jest rozwój dla siebie samej, po to, żeby było lepiej moim czakramom i mojej sytuacji życiowej, po to by doświadczać jakichś tam fajnych rzeczy zachowując podział na mnie i świat zewnętrzny.

To kolejna iluzja, martwy sufit, przez który powoli się przedzieram. Buddyzm ze swoją bodhicittą naprowadził mnie na nią.

Wielokrotnie traciłam motywację do rozwoju w życiu – nawet w środku różnego rodzaju sukcesów pytałam siebie i innych, ale po co to robimy, co z tego, że fajnie się czuję, mam dużo energii, jutro mogę mieć znów mało, różne doświadczenia przychodzą i przemijają bez śladu – czy warto poświęcać czas i energię na ciągłe kultywowanie tego?

A błąd był we mnie – w samym centrum – to moje ego i podzielona świadomość :) . To zasłaniało wewnętrzną naturę.
Na razie nie będę rozwijać tego tematu, dopóki moje rozumienie (a w zasadzie doświadczenie) tego się nie zwiększy.
Bodhicitta to brama, która pozwala wychodzić poza własne ciasne ramy, osłabia nawykowe skłonności egocentryzmu. Nie jest to CBM, uniwersalna miłość, nie chodzi się z tym w ekstazie świecąc ludziom po oczach, ale to postawa otwarcia na innych i współczującej dobroci, która płynie z naszej prawdziwej natury. Tego się uczę :) .

Renata Brzozowska - Taniec z pędzlem

Renata Brzozowska - Taniec z pędzlem

Przeszłość jak ogród zaczarowany,

Przyszłość jak pełna owoców misa.

Liści opadłych złote dywany,

Winograd ognia strzępami zwisa.

Zmierzch, jak dzieciństwo, roztacza cudy.

Barwne muzyki miast myśli przędzie.

Nie ma pamięci i nie ma złudy.

Wszystko jest prawdą. Wszystko jest wszędzie.

Sok purpurowe rozpiera grono

Na dni jesiennych wino wyborne.

Wszystko dziś piękne było. Niech płoną

Rudoczerwone lasy wieczorne.

Witam w nowym miejscu! Szkoda, że przenosiny z nienazwane.pl na nienazwane.net odbyły się bez okresu przejściowego, bez przekierowania, ale jak zwykle u mnie była to spontaniczna decyzja :) .

Z drugiej strony mogę znów zaczynać od nowa w nowym miejscu.

Za to będę więcej pisać i też trochę inaczej :) .

Dziecko
pokazało mi liść
nie wiedziałam, że ma tyle kolorów
i tak bogatą formę

Ilu rzeczy jeszcze nie widzę?

Osobiście uważam, że oba systemy są kompletne, prowadzą do przekroczenia egoizmu, spotkania z rzeczywistością absolutną (Bogiem w chrześcijaństwie, Dharmakają w buddyźmie) a niezbędnym elementem ścieżki jest  „miłość bliźniego” czy „miłująca dobroć i współczucie”, jednak systemy te bardzo się różnią co do doktryny i nie zamierzam na siłę ich godzić (nie ma zresztą takiej potrzeby). Jednak żyję w warunkach polskich, gdzie panuje duże niezrozumienie co do buddyzmu wynikające z jego nieznajomości i lęku przed czymś obcym kulturowo, więc postanowiłam przedstawić zdanie obu stron na temat wspólnego dialogu, aby możliwe stało się wzajemne zrozumienie i akceptacja.

Ks. Leonard Fic – Buddyzm a chrześcijaństwo Problem “Boga” i Jezusa Chrystusa w buddyzmie

Chrześcijaństwo widziane z pozycji buddysty tybetańskiego

- Lama Anagarika Govinda

CRYSTAL MIRROR, vol. IV, Dharma Publishing w Berkley w 1975

„Znaczące i głębokie myśli religijne i filozoficzne nie są dziełem jednostek, mimo, że mogły zostać przez nie przekazane. Wyrosły one jednak z nasienia twórczych idei, wielkich doświadczeń i głębokich wizji, podobnie jak drzewa rozwijały się przez pokolenia zgodnie z własnym, wewnętrznym prawem. Są tym, co moglibyśmy nazwać „naturalnym rozwojem ducha”.

Lama Govinda „Podstawy mistyki tybetańskiej”

Aby zrozumieć stosunek budyzmu tybetańskiego do chrześcijaństwa, musimy przede wszystkim zrozumieć, czym jest dla niego religia. Najbliższym tybetańskim odpowiednikiem słowa „religia” jest czo (chos, skt. Dharma), które oznacza duchowe i uniwersalne prawo, zasadę, która podtrzymuje (dhar) wszystko, co istnieje. Najwyższym celem człowieka jest życie w harmonii z tym prawem, a to oznacza ciągłe przebywanie w stanie prawdy i cnoty. Dlatego dla Tybetańczyków religia nie oznacza trzymania się określonych zasad i dogmatów, lecz naturalne wyrażanie wiary w wyższe przeznaczenie człowieka, czyli w jego zdolność wyzwolenia się z sieci iluzji i ograniczeń własnego ego w celu realizacji uniwersalności swej prawdziwej natury w Oświeconym Umyśle. Istnieje tak wiele różnych metod i sposobów osiągnięcia tego stanu, ile jest różnych typów ludzkich istot, dlatego też Tybetańczyk uważa wielość religii za niezbędny czynnik rozwoju ludzkości, a nie powód do kłótni i obustronnych nienawiści. W konsekwencji tego Tybetańczyk, który posiada wysoko rozwiniętą indywidualność, uznaje i szanuje różne formy praktyk religijnych. I faktycznie, w Tybecie istnieje tyle szkół buddyjskich, co sekt w łonie chrześcijaństwa; nie są one jednak wrogo wobec siebie nastawione. Współżyją ze sobą w pokoju, szanując swoją wartość. Akceptując nauczyciela z jednej szkoły, nie neguje się wartości nauczycieli z innych szkół. W praktyce bardzo często nauki i metody różnych szkół dopełniają się, dzięki czemu można je wykorzystać w najbardziej skuteczny sposób. Indywidualistyczne nastawienie do spraw religijnych wyjaśnia dobrze znane tybetańskie przysłowie: (Każdy region posiada swój własny dialekt, Każdy lama posiada swoją własną doktrynę) Zgodnie z tą zasadą ludzie posiadają wolność wyboru lub odrzucenia wierzeń bądź praktyk i bez obaw wyrażają swe opinie na ten temat. Dyskusje na tematy religijne są zawsze mile widziane, zaś ludzie, którzy potrafią w przekonywujący sposób wyrazić swe idee, cieszą się uznaniem i szacunkiem. Sztuka publicznych dysput była kultywowana przez wielkie uniwersytety klasztorne, takie jak Gnden, Drepung czy Sera. Równocześnie Tybetańczyk nie jest aż tak naiwny, by wierzyć, że prawdy religijne można udowodnić przy pomocy logiki, czy ustalić je przy użyciu argumentów. Tybetańscy nauczyciele zawsze podkreślali fakt, że ostatecznej prawdy nie można wyrazić słowami, można ją jedynie urzeczywistnić w sobie. Dlatego nie jest ważne to, w co wierzymy, ale to, czego doświadczamy i co praktykujemy, jak to coś wpływa na nas i na nasze otocznie. Wszystko, co prowadzi nas do stanu większego spokoju i harmonii stanowi oznakę tego, że znajdujemy się na właściwej ścieżce. W Tybecie świętego ceni się bardziej niż króla; człowieka, który jest w stanie porzucić światowe dobra ceni się bardziej niż bogacza, a człowieka, który potrafi poświecić swe życie wypełniając je współczuciem i miłością w stosunku do innych, ceni się bardziej, niż wielką osobistość. Opowieści o poświęceniach Buddy, gdy jeszcze jako Bodhisattwa przebywał na ziemi, do dziś opowiada się przy ogniskach, z okazji różnych uroczystości religijnych, w domach i pustelniach, na pustynnych szlakach karawan i zatłoczonych placach targowych, a mimo to nigdy nie przestaną budzić emocji, czy to u szorstkiego kierowcy, czy u doświadczonego drobnomieszczanina, ponieważ opowieści te nie są wspomnieniem przeszłości, która już dawno minęła, lecz nadal istnieją w postaciach tybetańskich świętych, inspirując pokolenia przeszłości i teraźniejszości. Można więc łatwo zrozumieć, że opowieść o cierpiącym na krzyżu Chrystusie głęboko przemawia do uczuć religijnych przeciętnego Tybetańczyka. Lecz jeśli ktoś powiedziałby mu: „Musisz wyrzec się wszystkich innych świętych i zbawicieli i czcić tylko tego jednego” byłby zdziwiony i urażony takim żądaniem. Ponieważ dla niego dowodem na istnienie prawdy jest to, że zawsze i wszędzie pojawiali się religijni przywódcy i święci, którzy przybywali z posłaniem miłości i współczucia i na nowo wdrażali poznanie ostatecznej Rzeczywistości, którą chrześcijanie utożsamiają z Bogiem, Hindusi z Brahmanem, a buddyści ze stanem poza słowami i koncepcjami – Oświeceniem. Jeśli mimo ciepłego przyjęcia pierwszych misjonarzy, chrześcijaństwu nie udało się zakorzenić w Tybecie, nie stało się to za przyczyną Jezusa Chrystusa i Jego istotnych nauk; przeciwnie – to, czego nauczał Jezus zgadzało się w pełni z ideałem Bodhisattwy i było praktykowane w Tybecie o wiele bardziej, niż gdziekolwiek w Europie. Innym powodem było to, że ci, którzy próbowali zaszczepić chrześcijaństwo na tybetańskim gruncie, nie byli w stanie rozpoznać i uznać wielkich myślicieli i świętych tego kraju, a zajmowali się bardziej sobą i stworzonymi przez ludzi dogmatami, niż uniwersalnym przekazem Chrystusa. Nic nie zilustruje lepiej stosunku Tybetańczyków do chrześcijaństwa jak kilka faktów historycznych, które potwierdzają moje rozważania. Pierwszym chrześcijańskim misjonarzem, który przybył do Tybetu, był Portugalczyk Padre Antonio de Andrade. Został on bardzo gościnnie przyjęty w Tsaparangu przez króla Gule z zachodniego Tybetu. Król przyjął go z wielkim szacunkiem i zgodnie z duchem buddyjskiej tolerancji pozwolił mu nauczać nowej religii. Dla niego człowiek, który w imię swej wiary przepłynął pół świata, zasługiwał na najwyższe uznanie i szacunek. Był przekonany, że prawda nie może skrzywdzić prawdy, dlatego też wszystko, co prawdziwe w religii obcego, mogło w jego przekonaniu jedynie umocnić, uwydatnić i potwierdzić nauki tybetańskich świętych, Buddów i Bodhisattwów. Dlaczego nie miało by się pojawić wielu Bodhisattwów na Zachodzie, w krajach nieznanych dla ludzi Wschodu? Dlatego wiedziony sercem król Gule wysłał w roku 1625 ojcu Antonio de Andrade list treści następującej: „My, Król Potężnych Królestw, radując się z przybycia do naszego kraju Padre Antonio Franguim (jak w Indii nazywano Portugalczyków – przyp. A.G.), który pojawił się, by nauczać nas świętego prawa, uważamy go za głównego Lamę i udzielamy wszelkich pełnomocnictw do nauczania naszego ludu. Równocześnie nie pozwalamy, by ktokolwiek próbował mu w tym przeszkodzić. Wydamy także odpowiednie polecenia, dzięki którym otrzyma on parcelę i wszelką pomoc niezbędną do wybudowania domu modlitwy”. Król przeznaczył nawet cudzoziemcowi swój własny ogród; prezent ten jak na tybetańskie warunki, gdzie ogrody są drogim i rzadkim luksusem, był czymś więcej, niż tylko uprzejmym gestem. Lecz król, w swej wielkiej dobroci nie przewidział niestety, że obcy przybył nie po to, by wymienić prawdę i wspaniałe myśli z tymi, którzy dążą do podobnych ideałów, lecz po to, by wyplenić nauki Buddy i zastąpić je tym, co uważał za jedyną prawdę. Konflikt był nieunikniony: niezadowolenie szerzyło się w kraju, a przeciw królowi powstali jego przeciwnicy polityczni. Podczas gdy Padre Andrade, zadowolony ze swego sukcesu w Tsaparang, wybrał się do Lhasy z zamiarem rozszerzenia swej działalności na cały kraj, w Zachodnim Tybecie wybuchło powstanie, król został obalony, a wraz z nim dynastia Gule. Nadszedł koniec świetności Tsaparang. W jakieś sto lat później, w 1716 przybył do Lhasy jezuita Padre Desideri. Przyjęto go z szacunkiem, otrzymał wspaniały dom, pozwolono mu także głosić swoją religię mową i piórem. W rzeczywistości napisał książkę, mającą na celu obalenie pewnych nauk buddyjskich, co wywołało wielkie zainteresowanie. Jak napisał to Desideri: „Przez mój dom przewinęło się wielu ludzi, przeważnie uczonych i profesorów, którzy przybyli z klasztorów i uniwersytetów, szczególnie z tych najważniejszych – Sera i Drepung, by uzyskać pozwolenie na przeczytanie książki”. Tybet był wtedy o niebo bardziej cywilizowany, niż współczesna mu Europa, gdzie heretyków palono na stosach razem z ich książkami. Można by sobie wyobrazić, co działoby się w Rzymie, gdyby jakiś obcy próbował publicznie obalić chrześcijańskie dogmaty! Nie ma się więc co dziwić, że przedstawiciele chrześcijaństwa nie byli w stanie uznać wartości ducha tolerancji, wykorzystać otwartych im drzwi i odwzajemnić się w tym samym duchu. Stracono wielką szansę! Mimo to mamy nadzieję, że kiedy wyznawcy Chrystusa i Buddy spotkają się na gruncie dobrej woli i zrozumienia, nadejdzie dzień, kiedy głoszona przez jednych i drugich miłość nadejdzie i zjednoczy całą ludzkość we wspólnym wysiłku, chroniąc ją od zniszczenia i prowadząc w kierunku światła, w które wszyscy wierzymy.

tłum. Karma Mipham Zangpo

„Piorun mądrości uderzył w umysł moich pojęć.
Ten nagły błysk wglądu,
Ta przerwa,
Ta chwila, piękna i dziewicza,
niezmyślona i naturalna,zostawia mnie samego.

Bez myśli pozostaję w bezruchu,
ale mogę poczuć rozedrganą energię,
która mnie pochłania.

W tej chwili spokoju
Kim jestem?
Ten błysk wglądu pokazał mi mój własny umysł.
Nie więdząc, co mam zrobić, pozwalam wrócić obłokom pojęć.

Kim jestem?
Czego doświadczyłem?
Przez chwilę straciłem grunt
bezdomny,
wędrowiec,
ptak bez gniazda.

Czułem się źle z tą wolnością;
próbowałem pokierować sobą.

Dlaczego nie mogę po prostu się odprężyć w tym, kim jestem?
Czy jestem tak przerażony tym, że jestem wolny?

Czy jestem tak skoncentrowany na sobie?
Czy jestem tak mały, że nie mogę skoczyć?
Dlaczego nie mogę po prostu pozwolić rozpuścić się granicom?

Czułem się śmiały przedtem,
ale kiedy ta chwila nadeszła,
Kiedy mądrość się uobecniła,
Szarpnąłem się jak zwierzę schwytane w jasne światła.

Ale nie jestem zwierzęciem,
A to jasne światło nie pochodzi z zewnątrz.

To była mądrość wnętrza.
Dlaczego tego nie rozpoznaję?
Całe moje życie tęskniłem,
aby wiedzieć więcej,
pogłębić się,
ale kiedy ta chwila nadeszła,
nie byłem gotowy.

Teraz muszę przygotować siebie,
przygotować grunt.
Wiem, że chwila mądrości nie przychodzi raz czy dwa,
lecz jest ciągle obecna, osiągalna.

Kiedy uderzyła mnie,
po prostu otworzyłem oczy.
Zwolniłem nieznacznie,
jakby znikąd nagły pęd energii -
miłość, radość,
siła – wytrysnęły w moim sercu.

Urzeczywistniam, że to jest moja prawdziwa istota;
To jest natura mojego umysłu.

Ciężkie chmury pojęć;
depresja, zazdrość,
gniew – są tylko odbiciem tej szybkości,
mojego pędzącego umysłu niezdolnego, aby się odprężyć.

Doświadczam tych emocji jako udręki, inwazji,
Ograbienia z mojej wewnętrznej godności.
Zewnętrzna zasłona pomieszania jest tylko odzieniem,
które muszę zrzucić.

Mając siłę, która przychodzi przez medytację,
angażując się w Ścieżkę Buddy,

Ten książe, wojownik miał odwagę,
aby pracować nad swoim umysłem,
Miał odwagę myśleć o innych.
Jego moc i głębia są ukazane w prostych działaniach.

Być sobą,nie ukrywać się za agresją,
czuć zapach kwiatów wyżyn,
doświadczać łąk współczucia,
drzew miłości,
nieba mądrości,
to jest ścieżka czekająca na ciebie”

Opiszę swoje niedawne doświadczenie – może i innym pomoże w uzyskaniu dystansu do własnego ja.

Spałam sobie w najlepsze śniąc intencję pomocy innym. Chciałam pomagać innym, ale bez przebudzenia i głębokiego wglądu ta pomoc mogłaby być powierzchowna, a nawet długofalowo niekoniecznie korzystna ze względu na nieznajomość uwarunkowań danej osoby, wpływu na przyszłość.

Jakoś musiał to podłapać jakiś “bodhisattwa”, bo ktoś pomógł wstać mi z ciała. Chciałam wyskoczyć w podróż astralną, ale zatrzymał mnie. Nic nie mogłam dostrzec, tylko ciemność. Wtedy ktoś dotknął moich oczu i bez ich otwierania zaczęłam widzieć otoczenie. Wszystko było jakieś rozedrgane i gęste jak w wodzie, przy mnie ktoś stał, ale patrzyłam na niezwykłego gościa z lewej strony: była to postać ludzka o niebieskiej skórze, jakby jakiś pusty od środka, tzn. jakby w środku był z białego światła, a na zewnątrz miał tą niebieską skórę, spod której przeświecało światło, stał z pustymi rękoma, przynajmniej nic nie zauważyłam (może tylko jeszcze specyficzną fryzurę jak z buddyjskiego obrazka). Szczerze mówiąc, nie miałam czasu się mu przyjrzeć, bo zaczął mówić (być może myślami, nie pamiętam głosu), że nie istnieję jako oddzielne “ja”, oddzielna świadomość. Mówienie to nic, jego świadomość jakoś oddziaływała na moją, moja zaczęła się częściowo dostrajać. Po prostu nagle z całą oczywistością stwierdziłam, że jestem jak bańka powietrza w oceanie, który jest świadomością i wystarczy małe “pyk” żebym zlała się ze wszystkim w całość (co on jeszcze powtarzał, że nie istnieję). Poczułam, jak kruche jest to moje ja i poczucie oddzielenia. Przyznam się: poczułam lęk. To nie było jak w jakiejś medytacji, gdzie ma się różne wrażenia, ale całość trzyma się kupy (czyt. ciała) – tu było to radykalne, totalne – ja cała miałabym rozpuścić się, (zniknąć)???  I być może zrobiła bym to “pyk” żeby poznać ten ocean, ale qrka musiało mi się przypomnieć. Nagle krzyknęłam: no, ale moment, a gdzie tu jest WJ? Dusza?????? (moje kochane WJ!!!) I wyprułam z miejsca (właściwie porwało mnie) w błyskawicznym pędzie. Znalazłam się na ziemi jako olbrzym wśród małych ludzi, który widzi daleko, ma bardzo szerokie horyzonty, wiedzę, ale…. oczy utkwione w ziemi i poczucie ograniczenia, wewnętrzną potrzebę wyzwolenia się z ograniczonego istnienia, które powoduje cierpienie. Ech….

Zaraz potem byłam z powrotem w cielsku totalnie zszokowana z pełnym kryzysem, załamaniem się systemu przekonań (jak to: nie istnieję? nie ma mnie? jestem iluzją?????).

A teraz już nic nie wiem i nawet nie udaję, że jest inaczej…

Czym dla mnie jest bycie buddystką? To podążanie pewną drogą, którą przeszło już wielu i zostawiło mnóstwo znaków i wskazówek (Dharma)… To wspólnota z innymi w najwyższych dążeniach osiągnięcia wewnętrznej czystości, samopoznania, wyzwolenia (Sangha)… To poczucie bliskości z innymi ludźmi jakie daje praktykowanie bodhicitty. To wiedza, że jest we mnie (jak i w każdych) przebudzona natura buddy, moja prawdziwa natura (Budda).
Generalnie czuję się w tym jak ryba w wodzie, chociaż unikam pakowania w siebie treści czy też wykonywania praktyk, które nie są w obecnym etapie do niczego mi potrzebne.
Generalnie po przyjęciu schronienia zaobserwowałam zmianę: odcięło mnie od drenujących, przeszkadzających wpływów astralno-mentalnych, poczułam ulgę i zniknęły problemy energetyczne, nie muszę się już zajmować swoją energetyką i martwić spadkami czy cieszyć chwilowymi wzrostami energii. Świeci u mnie słońce czy myślę o tym czy nie, a chmurki pojawiają się tylko na krótkie chwile. Nie czuję się wcale napakowana jakąś energią, nie chcę być źle zrozumiana, po prostu mogę być sobą i rozwijać się, a wcześniej bombardowały mnie takie ilości zewnętrznych energii, myślokształtów, że gubiłam siebie w tym i lawirowałam pomiędzy górkami i dołami.

Zmienił mi się światopogląd: nie mam potrzeby bronić swojego ego, by stawiać się w korzystnym świetle, czy mieć jakieś doświadczenia (w tym oobe) czy jakieś siddhi (moce hehe) – to nie ma znaczenia. Jest – fajnie, nie ma – fajnie. Zupełnie to bez różnicy. Nasza prawdziwa natura jest …. hehe daleka od tych porywów pragnień, to wszystko się wydarza. Oczywiście nie oświeciło mnie od samego zostania buddystką hahahaha, ale jakoś obróciło mnie dookoła i inaczej patrzę :) .

Z Galerii
Pobierz odtwarzacz Flash, aby zobaczyć ten pokaz slajdów.
Ostatnie komentarze
  • mah: taka naszła mnie myśl, gdy to czytam.. gdyby koleżance jak dobrze pamiętam, nie wyszło na początku oobe, gdzie...
  • Anula: Jesteś tutaj, Conchi :) Jak dobrze! Pozdrawiam ciepło, promyczek na drodze.
  • Conchita: Jest fantastyczna – pięknie maluje kobiety i światło i ruch… Co za swoboda i lekkość….!
  • Conchita: Hehehe! Już wróciłam. I już byłam w międzyczasie na kursie medytacji buddyjskiej. Teraz zaczynam stawiać...
  • mah: a ja myślałem, że moja ulubiona autorka ręce połamała i pisać nie może ;)
  • mah: Renata Brzozowska jest geniuszem ;) najbardziej właśnie lubię obrazy, które pokazują niesamowicie realistycznie...
  • Conchita: Napiszę jak tylko wrócę z wakacji :) .
  • yadira: Hej. Mogłabym poprosić, żebyś napisała na moje gg?9551805 lub na maila? 0apocalypto0@gmail.com Mam kila pytań...
  • draq: Dzisiaj idąc sobie prosto drogą nagle podniosłem liść i zachwyciłem się, ponieważ dostrzegłem jego fraktalną...
  • dreamer: zbyszkowskie a romanowskie- dialog” hahaha :D artykuł świetny :)